O ideę na Europejską miarę (artykuł wstępny siódmego numeru Gazety Literackiej – 1 maja 1926 r., pisownia oryginalna)

Każdemu kulturalnemu Polakowi jest dziś jasnem, że moment odzyskania niepodległości stał się równocześnie momentem uświadomienia sobie ogromnej pustki ideowej jaka poczęła ziać z życia wyzwolonej Polski. Ostatnim bowiem wyrazem naszej narodowej ideologji było pragnienie niepodległości, to też gdy została ona zrealizowaną, wyczerpał się nasz ideowy program.

Fakt ten jest ogólnie znanym i często powtarzanym ale mało kto wyciąga z niego pozytywne wnioski. Naogół nie darzy się go dłuższą chwilą rozwagi i zastanowienia, chociaż tłumaczy on tyle niezrozumiałych rozdziałów naszego życia politycznego i kulturalnego.

Tak n.p. społeczeństwo robi wyrzuty literaturze, że nie lubi ona mówić i pisać o Polsce. A właśnie przyczyną tego zjawiska jest wyczerpanie się ideowego programu, jest właśnie  ta ideowa pustka.

Trudno nam entuzjazmować się jedynie tem, że Polska jest i całą ideologję ująć w programie, którego jedyną treścią jest dążenie by Polska była. Jeżeli naród stawia sobie za cel jedynie samego siebie, jedynie utrzymanie się przy życiu, to w rezultacie jest to wegetacją i bezwładem. Jeśli w dodatku taki naród podnosi się na ołtarz hasłem „naród ponad wszystko”, to jest to kultem nawet nie złotego ale domowej roboty cielca. Hasło „naród ponad wszystko” może jedynie mieć taką rację bytu, gdy ten naród jest uosobieniem takich wartości, które przyćmiewają wszystkie wartości, będące w ogólnym kursie. Ponieważ zaś jest to utopią, więc i robienie z narodu samego w sobie świętości, jest robieniem religji z fizjologii.

Oficjalnym przedstawicielem naszej dzisiejszej ideologii narodowej jest nasz nacjonalizm. Ciasnota jego ekspanzji ideowej ogranicza się często w praktyce do rodzinnych sporów z sublokatorem, do antysemityzmu. Do tego dołącza się trochę „trzeźwości” w zastosowaniu brutalnych praw walki o byt i oto gotowa glina, z której lepi się narodowe bóstwo.

Ludzkości – według nacjonalizmu – niema, jest tylko naród. Czy jest to stanowisko do przyjęcia? Przecież jeżeli od jednostki wymaga się, aby nie robiła sobie z rodziny najwyższej świętości, aby nie zatęchła w kulcie zakurzonych larów i penatów, to chyba konsekwencja każe domagać się tego i od narodu, jako jednej z szeregu rodzin w łonie ludzkości. Gdzież więc tu miejsce na ołtarze?

Świętością jest tylko to, co może zawsze wykazać się prawem do życia. Narody zaś – według Mickiewicza – „o tyle mają prawo do życia, o ile wysługują się całemu rodzajowi ludzkiemu, popieraniem lub bronieniem wielkiej jakiej myśli lub wielkiego uczucia”.

Na polu idej socjalnych i ogólnoludzkich Polacy aż dotąd są tylko odbiorcami, są tylko „papugą narodów”. Kiedy inni rzucali w świat hasła, od których on drżał w posadach, myśmy, zwłaszcza w ostatniej połowie wieku, wykazali na tem polu zupełną bierność.  Był i jest tylko import idej, a niema mowy nie tylko o eksporcie, ale nawet o zaspokojeniu własnych ideowych potrzeb. Samowystarczalność ideowa naszego nacjonalizmu opędza z trudem ideowe potrzeby analfabetów.

W takiej atmosferze zaduchu myślowego, gdzie upajającą wonią ma być stęchlizna często fałszywych relikwij, nie może być mowy o szerokim oddechu, który przecież jest warunkiem koniecznym naszego rozwoju.

Pocóż robić z dusznej izby świątynię, czyż nie lepiej wyjść poza opłotki narodowego sioła? Jednak krzyczeć na całą Europę o swej mocarstwowości, o urojonej często wielkości nie wystarcza; co więcej: nie wolno. Chyba że się wreszcie stworzy jakąś ideję na europejską zakrojoną miarę. Z kultem zaś i pietyzmem zaścianka, z robieniem kapliczki z własnego mieszkania, a z patriotyzmu religji, trzeba skończyć.

Jeśli mamy się czem upajać, to upójmy się oddechem, dla którego potrzeba powietrza całej Europy. Weźmy sobie do serca słowa Mickiewicza: „Bronić nowej idei, stawić ją, to prawo jedyne naszego bytu. Inaczej ani my, ani Polska nikomu na nic się nie przyda”.