Stanisław I. WItkiewicz, Zamiast Programu , artykuł z pierwszego numeru dwutygodnika ZET

Tyle już razy powstawały u nas nowe pisma z bardzo wspaniałemi programami, lub też organizowały się nanowo już istniejące. w imię jakichś generalnych popraw jakości i obyczajów literackich. a potem wszystko zawsze w łeb brało, kończąc się na coraz niższego gatunku produkcji literackiej, na coraz gorszem zamięszaniu pojęć w krytyce i na jałowych, osobistych sporach literatników, dalekich od idejowości i rzeczowości.

Wszystkiemu temu winien jest według mnie niski poziom intelektualny i tchórzostwo ludzi oddających się u nas krytyce i literaturze. Nie będę powtarzał tu rzeczy, które wypowiedziałem ogólnie w odczycie w „Związku Zaw. Lit. I Dzien.”, drukowanym w końcu sty- cznia w „Gazecie Polskiej”. W ogóle dość ogólników  trzeba zabrać się do wypełnienia realnego programu, a nie zajmować się wygłaszaniem nigdy niespełnionych haseł – ale na to trzeba mieć miejsce. Gdzie mają pisać ludzie. chcący wypowiadać się na jakimś wyższym, ponad codzienno-gazetkowym poziomie. jeśli nigdzie ich artykułów drukować nie chcą. nie z powodu ich lichoty, głupoty. lub nieciekawych tematów, tylko przeciwnie, z powodu ich mądrości.

Wszystko jest „za mądre” dla naszych pism: ogłupiały czytelnik – któremu podlizują się i redaktorzy i autorzy. prześcigając się wzajem- nie w „popularności” i bezmyślności („by się nie zmęczył ten nasz kochany, sympatyczny tyran. Który pozwala nam żyć i to jak jeszcze, nam w gruncie rzeczy niepotrzebnym pasożytom, jak słusznie twierdził robakolog Raabe“) – musi być zadowolony. Unikanie przez pisma wszelkich serii artykułów na jeden temat powiększa ogólną umysłowa sieczkę i u piszących i u czytelników. Dziś musi taki pan pisać o muzyce kościelnej w Hiszpanji., jutro o kartoflach w Peru, pojutrze o kryształkach śniegowych. a dalej o chińskiej liryce w XVII-ym wieku. Jak może być tu mowa o jakiejś umysłowej ciągłości?” Jedynie kwestje ekonomiczne są wyjątkiem: te dotyczą bezpośrednio stanu worka ze złotem i w tych rzeczach czytelnik musi być wykształcony. Są to jedyne artykuły o jakim takim poziomie wiedzy i istotności ujęcia: reszta to „furda panie dziejku“ w naszych zmaterjalizowanych czasach.

Cale społeczeństwo patrzy ubawione na wysiłki garstki ludzi. chcących podwyższyć poziom naszej kultury: patrzą na nich t. zw. ,,ludziska“ jak na muchy konające w lepie. Bo u nas życie człowieka, który nie chce być lokajem sparszywiałego w umysłowem nieróbstwie pseudo-inteligenckiego motłochu., jest właśnie podobne do „tytanicznych” wysiłków takiego nieszczęśliwego owada: ledwie podniesie łapkę. już mu zakleiło się skrzydełko, ledwo to wyjął z lepu (podobnego do naszej przyjemnej intelektualnej atmosfery) już na cztery łapki i półpyszczkowych narządów. wpadł w przeklętą maź. aż wreszcie zamęczony zakleja się definitywnie w zupełnym bezwładzie rozpaczy. wiedząc. że żaden cud nie wyrwie go z gęstniejącego świństwa.

Czy nawet ci. którzy są n nas na szczytach nie spuścili _jednak z tonu W ciągu swych pozornie wspaniałych literackich karier. czy i oni w pewnym sensie nie ulegli ogólnej. beznadziejnie lepiącej się atmosferze umysłowej naszego kraju? Sądzę, że tak. Aby nie uledz trzeba być naprawdę w normalnem, nie przesadzonem znaczeniu. bohaterem. Albo mieć skądinąd zapewniony byt niezależny, a nadewszystko nie dbać zupełnie o naszą dość parszywa literacką sławę. ale nie dbać naprawdę, a nie aż,podwywać“ do niej pod maską świetnie zrobionej obojętności. (Zresztą nie sztuka mówić o tem wszystkiem nie mając problemu „życia samego w sobie” codziennie przed nosem). Niema u nas prawie pisarzy niezależnych: są pisma zależne od pewnych partyj politycznych, lub ugrupowań literackich. W których musi się pisać przeważnie dostosowując się do danego układu – inaczej „proszę iść powiesić się gdzieindziej“. W ten sposób nawet młody człowiek  idealistycznie na-strojony i mający „coś w brzuchu“ zaczyna u wrót swej krajery literackiej obijać swe kanty, wygładzać granie i szpikulce i po paru latach tego procederu staje się bezwartościowym, jakkolwiek miłym dla przeciętnej hołotki, duchowym otoczakiem, przewracającym się składnie na boki zależnie od ,,potrzeb rynku” danej kliki w szerokiej rzece pisarskiej miernoty, w związku z jej chwilowemi, nieistotnemi prądami i prądzikami. „To za ostro postawiony problem publiczność tego nie lubi; to za mądre – nikt tego nie zrozumie”  „tu jest dom publiczny, nie udawaj uczciwej kobiety“[1]), nie chwal tamtego – poco robić reklamę niewygodnemu bubkowi; tego zniszczyć za wszelką cenę – niech mu się nie zdaje, że jest wogóle kimś“. Takie dyspozycje daje się krytykom po redakcjach i nic dziwnego. że jak zauważył Tadeusz Peiper, krytyka nasza stała się wielką fałszernią wartości artystycznych i literackich. ldeji niema – są one zawistnych tępione przez wszelkich bezpłodnych krytykonów, ponieważ walki idejowe w wielkim stylu odebrałyby im po prostu chleb byliby zmuszeni zająć się jakąś inną pracą realną. Do której może okazaliby się zdolniejsi: handlem. rolnictwem, hodowlą bydła nie ludzkiego, tylko prawdziwego), czy chałupnictwem. Krytycy lubią klepać protekcjonalnie po łopatkach różne miernotki, a nawet podnosić do rozmiarów wielkich cnót ich drobne zaletki, ale stają zażenowani i nieśmiali, a potem źli i zawistni wobec wszelkich objawów przekraczających ich duchowe wymiary i zaczynają jechać, co na te ogólnej ignorancji uchodzi im bezkarnie, bo jednak literaci nie śmieją przeważ-nie z nimi walczyć”. Dureń bo dureń, ale od niego zależy jednak mój chleb powszedni” powie sobie niejeden i machnie ręką. To właśnie bierne poddanie się pisarzy rozpanoszyło tak niemożliwie sforę krytyczną, że teraz trudno jej jaki taki namordnik nałożyć. Ale jest to konieczne zorganizowana walka literatury samej ze sobą o jej pogłębienie i literatury z krytyką w celu stworzenia nowych systemów pojęć. opartych o głęboką wiedzę filozoficzną, dla nowego ujęcia literackich problemów o ile wszystko nie ma zejść na ostatnie psy.

Mówię tu o rzeczach dość ,,poziomych“, unikając rozmyślnie wzniosłych haseł i obietnic, a odkładając systematyczne spełnianie już wypowiedzianych gdzieindziej postulatów do następnych artykułów. rozpatrujących poszczególne zagadnienia, przyczem na początek powtórzę w rozszerzonej formie pewne rzeczy, które szkicowo traktowałem w dodatkach literackich mało komu znanej „Polski Zbrojnej“. Tu chodzi mi jeszcze o dwa problemy: przyczynkarstwa i światopoglądów, jako też kwestji walki między członkami danej grupy. związanej jedną ideją ogólną.

Mam wrażenie, że rozproszkowanie idejowe i beznadziejne przyczynkarstwo naszych ludzi piszących, ma źródło swe właśnie w braku u nich wszelkich podstaw filozoficznych całej ich pisaniny. Dziś to, jutro tamto – maszyna literacka idzie ciągle pod najwyższym gazem: jest to konieczne choćby dla t. zw. chleba – czasem jest złym nałogiem jak onanizm, palenie, czy dłubanie w nosie (iluż jest u nas „pisarzy nałogowych”, którychby trzeba zarejestrować i zamknąć w jakichś koncentracyjnych obozach). Pędzi sam motor wszystkomielący. częsta przestarzałej konstrukcji, zużyty, nie remontowany oddawna, z nadającemi się do wyranżerki częściami, wali – narazie wszystko jedno cze-mu: chce się pisać, jak się chce żreć, spać, gwałcić itp.  – potrzeba ta zdaje się być zupełnie naturalną (w wie-lu wypadkach tak jednak nie jest). Przypomina się ten stary gaduła góralski z Zakopanego, który po-wiedział jednemu z moich znajomych: ,,takom mom – wicie mature” [2]) do gadania, ino nie wiem co” – czy nie jest to w ścisłej analogji z nastawieniem większej części ludzi u nas piórem dłubiących? „Matura” jest bezsprzecznie, ale z treścią jest jakoś coś nie to. I rozpoczyna się pogoń za tematami. Może być to ubrane w pozory pracy społecznej, idejowej, może nawet być faktycznie taką pracą, wielce w niektórych wypadkach dla ogółu korzystną, z literackiego jednak punktu widzenia. przy rozwijającej się u nas skłonności podstawiania za literaturę wszystkiego w ogóle co jest napisanem, bez względu na istotną tego, czysto literacką właśnie wartość – (granice między upadającą publicystyką, a degenerującą się literaturą zacierają się) będzie to tylko pogonią za tematami rozswędzonego do pisania piórka, którem nie kieruje określona psychiczna struktura, oparta o określony, na szerokich podstawach filozoficznych zbudowany światopogląd, a conajwyżej uczuciowe fluktuacje, czasem nawet o bardzo szlachetnym podkładzie. Ale to jeszcze nie daje patentu do uprawiania literatury a tem bardziej krytyki.

U0 tego tematu powrócę później, zaznaczając tylko, że niejasne postawienie kwestji w stosunku do tego stanu rzeczy, doprowadza też do pewnego przefałszowania wartości i powiększenia bałaganu umysłowego publiczności, która na widok tego zamięszania, jakie się dzieje na szczytach, dębieje do reszty i albo plunie na wszystko nie mogąc się nic dowiedzieć z powodu braku rozróżnień podstawowych, albo musi dojść do tworzenia własnych kryterjów i (o dziwo!) przekonać się nagle, że może przeciętny wykładnik rozumienia pewnych kółek inteligencji wyższy jest od najwyższych po-szczególnych wykładników indywidualnych „szczytów” naszej krytykonerji.

U ludzi mających wypracowane latami światopoglądy, tematy powstają same, przez prostą rozbudowę na szerszą skalę założonych konstrukcji o silnych, wytrzymujących wszelkie nadbudowy podstawach – stanowią one pewne ciągłości, znaj-dujące swe źródła w całości systemu. Taki typ konstrukcyjny nie potrzebuje głowić się o czemby tu napisać: o koszykarstwie w Galicji Wschodniej, czy o środkach anty-wenerycznych. czy o truizmach małżeńskich Russella, czy też o jakimś szczególe bijograficznym w skali mikroskopijnej jakiegoś mogoła literackiego epoki dawno minionej (tam jest jednak zawsze najbezpieczniej) – u niego tematy nie poławiają się, tylko się konstruują w związku z całą budową: taki człowiek nie ma problemu ,,wyprztykania się na starość” – jego potencja duchowa rośnie z wiekiem, tembardziej jeśli nie jest on zatruty nikotyną, alkoholem, czy innem jakiem narkotycznem świństwem[3]).

Przechodząc do punktu następnego twierdzę, że członkowie danego ugrupowania literackiego nie powinni bynajmniej oddawać się wzajemnej adoracji, a raczej pozostawać w stosunkach, do których stosować by się powinna definicja przyjaźni B. Shaw’a z ,,Majora Barbary”: „przyjacielem jest ten. który drugiego utrzymuje w wysokiej marce”, tutaj w marce formy intelektualnej., Tylko przez walkę, to jest rzeczową dyskusję, nastąpi to „przejaśnienie pojęć” (Klärung der Begriffe, pojęcie Husserla). którego tak potrzebuje nasza literatura. Kłąb walczących ze sobą duchów (w analogji do kłębka ciał) powinien wwalić się w zamierające intelektualnie społeczeństwo – może to chociaż późni nad-chodzącą katastrofę wszech-zjeło-pienia i doszczętnej zatraty dobrych obyczajów (moeurs) w literaturze.

St. I. Witkiewicz.

[1] Autentyczne słowa pewnego znanego pisarza, wypowiedziane w formie rady, zupełnie na serjo.

[2] To znaczy : naturę, wrodzoną chęć, zdolność talet.

[3]Niedługo już się ukaże moje „dziełko” o narkotykach, które każdy przeczytać musi. Autoreklama? Tak, jeśli chcecie  – i to zupełnie usprawiedliwiona.