Stanisław Gałkowski, Gdy nam się nie chce – czyli o filozofii Czyngis Chana

Słowa ministra Sienkiewicza, o tym że Państwo Polskie istnieje tylko teoretycznie oznaczają, jeżeli dobrze zrozumiałem, że poszczególne jego agendy współpracują wtedy kiedy mają na to ochotę, a gdy im się nie chce to nie współpracują. Przy czym ta chęć lub niechęć nie dotyczy oczywiście instytucji jako takich lecz osób nimi kierujących. Co więc wspomniana chęć lub niechęć wynika z dostrzeżenia, lub nie, własnych korzyści, a nie ze służby dobru ogólnemu. Co więcej mogą sobie na to pozwolić, gdyż osoby których zadaniem jest m.in. zmuszenie ich do pracy, robią to gdy mają chęć, a gdy nie mają – nie robią (refren ten podejrzanie często się pojawił podczas całej tej rozmowy). Sprowadza się to do tego, że nikt ze wspomnianych osób, zajmujących przecież czołowe stanowiska w państwie, nie czuje  się odpowiedzialnym za całość członkiem swojej wspólnoty, lecz głównie (a nawet wyłącznie) jednostką realizującą swoje prywatne cele, która dla skuteczniejszego ich osiągnięcia współpracuje z innymi.

Przekonanie to, jak również wynikające z niego postępowanie, jest właściwie prostą konsekwencją dominujących dzisiaj nurtów kulturowych, odwołujących się (choć nie zawsze wprost) do jakiejś postaci relatywizmu. Jedną z jego cech relatywizmu jest przekonanie, że wszelkie sądy wartościujące i wszelkie roszczenia o charakterze publicznym można wysuwać i wygłaszać jedynie we własnym imieniu:

„Kiedy zaś przyjmiemy, że jednostki są zdolne do kwestionowania i odrzucania wartości wspólnotowego stylu życia, wtedy wszelkie próby neutralizowania tych zdolności za pomocą «polityki dobra wspólnego» jawią się jako nieuzasadnione ograniczenie jednostkowego samostanowienia”. (Will Kymlicka, Współczesna filozofia polityczna, przeł. A. Pawelec, Znak, Kraków 1998, s. 240.)

Dominacja relatywizmu nie oznacza oczywiście likwidacji przestrzeni publicznej i polityki, niemniej jednak domaga się radykalnej zmiany w jej rozumieniu. Truizmem jest twierdzenie, że przyjęte (choć czasem w sposób nieświadomy) rozstrzygnięcia epistemologiczne i aksjologiczne z natury rzeczy określają w znacznej mierze relacje międzyludzkie zarówno o charakterze prywatnym, jak i publicznym. Należy się więc zastanowić, jak upowszechnienie tej postawy zmieni stosunki międzyludzkie o charakterze politycznym.

W moim odczuciu najbardziej konsekwentną wizją tego, jak wyglądają (a raczej powinny wyglądać przy zachowaniu minimum konsekwencji) relacje międzyludzkie w przypadku przyjęcia relatywizmu jako istotnego składnika światopoglądu, jest przedstawiona przez Anthony’ego Gidensa koncepcja tak zwanej czystej relacji.

Myśliciel ten, jak się wydaje, zasługuje na szczególną uwagę, jest on bowiem nie tylko jednym z najbardziej znanych socjologów współczesnych i czołowym teoretykiem tej dziedziny, był też jednym z głównym doradców premiera Tony’ego Blaira. Jego koncepcja jest więc z jednej strony ciekawym (choć w dalszym ciągu kontrowersyjnym) opisem społeczeństwa zachodniego, z drugiej – stanowi również pewien wzór – program, który jest realizowany przez znaczące siły polityczne.

„Czystość” relacji polega na tym, że jedyną racją jej zaistnienia jest ona sama, a nie realizacja jakichkolwiek celów wobec niej zewnętrznych, zarówno moralnych, jak i społecznych, na przykład jakaś wartość, którą moglibyśmy zrealizować tylko wspólnie (wychowanie dzieci czy jakieś przedsięwzięcie społeczne lub polityczne itp.). Czysta relacja ma wartość tylko przez to, co sama oferuje partnerom. Strony uczestniczą w niej dla niej samej (dla satysfakcji i korzyści, które obecnie z niej czerpią), a nie z powodu tego, co dzięki niej mogą osiągnąć.

Relacja taka jest oparta jedynie na satysfakcji i gratyfikacji, których sama dostarcza,

dla nagrody, jaką może nam przynieść związanie się z innym czy z innymi”. „Dokładnie w tym sensie jest to relacja «czysta»”. (Anthony Giddens, Poza lewicą i prawicą. Przyszłości polityki radykalnej, przeł. J. Serwański, Zysk i S-ka, Poznań 2001, s.132 i 125.)

Jeżeli uznaję siebie samego za jedyne źródło powinności, nie ma żadnego powodu, bym uczestniczył w relacji w jakiejkolwiek mierze mnie nie satysfakcjonującej. Dlatego też czysta relacja ma charakter uniwersalny; dotyczy wszystkich relacji, zarówno o charakterze prywatnym, jak i publicznym. Dzieje się tak gdyż relatywizm i oparta na nim czysta relacja potrafią sprowadzić wszelkie relacje jednostki z otoczeniem do wspólnego mianownika – jest nim pytanie: „Jak Ja się czuję?

Konsekwencje przyjęcia takiej postawy w sferze publicznej są właściwie oczywiste jest nim upadek kultury politycznej, i powszechne lekceważenie prawa tam tam gdzie jest to nam wygodne Już J.S. Mill pisał o tym:

„[…] wszędzie tam, gdzie usposobienie ludzi jest takie, że każda jednostka pilnuje jedynie osobistych interesów i nie przykłada należycie ręki do swego udziału w interesach ogólnych albo się o nie troszczy, w takim stanie rzeczy rząd jest niepodobieństwem”. (John Stuart Mill, O rządzie reprezentatywnym. Poddaństwo kobiet, przeł. G. Czernicki, Znak, Kraków 1995, s. 59.)

Zwolennik czystej relacji traktuje wspólnotę polityczną tak samo, jak osobę prywatną: jako partnera mającego dostarczać mu przyjemności. Ponieważ sam związek (wspólnota) nie jest dobrem samym w sobie, lecz ma jedynie wartość jako narzędzie do zaspokajania własnych potrzeb, to w sytuacji kryzysu (gdy subiektywne poczucie zaspokojenia w sposób nieunikniony spada) bardziej racjonalną decyzją jest opuszczenie wspólnoty niż próby jej naprawy. Jeżeli więc na przykład kryzys ma swą przyczynę nie w obiektywnej sytuacji zewnętrznej, lecz w decyzjach osób sprawujących władzę, które używają swojego stanowiska dla prywatnych celów kosztem reszty współobywateli (w tym ograniczając ich swobody demokratyczne), racjonalną odpowiedzią jest emigracja (lub ostatecznie emigracja wewnętrzna), a nie próba kosztowna dla jednostki (choć pożyteczna dla społeczeństwa) przywrócenia właściwych procedur państwowych. Oznacza to upadek kultury obywatelskiej i zanik kontroli obywateli nad poczynaniami władzy, będącej podstawą wszelkiej demokracji.

Nie należy również zapominać, że „każda władza ma dwa końce”. Zwolennik koncepcji czystej relacji nie może odrzucić – jako nieuniknionej konsekwencji swoich przekonań – twierdzenia, że prawo traktowania relacji społecznej jedynie jako źródła przyjemności mają nie tylko „zwykli obywatele”, lecz również osoby sprawujące władzę. Konsekwencje tego są łatwe do przewidzenia. Władza – przy takim podejściu – zaczyna być sprawowana dla dobra jednostki lub grupy sprawującej aktualnie najwyższe urzędy państwowe, państwo zaś traktowane jest jak jej własność. Na przykład Leo de Hartog tak opisuje relacje władzy w średniowiecznej Mongolii:

„Nie ma żadnego dowodu, że władca Mongolii zainteresowany był dobrem całego narodu. […]

Mongołowie zwyciężyli, lecz nie stanowili tak naprawdę klasy rządzącej. […]

Czyngis-chan uważał, że imperium jest własnością jego klanu. Prawa obowiązujące w imperium były tak sformułowane, by jego rodzina i bliscy przyjaciele mogli cieszyć się wszystkimi dostępnymi przyjemnościami i korzyściami materialnymi. […] nie istniało moralno-etyczne uzasadnienie przywództwa nad narodem. Władza była czystą przyjemnością [podkr. – S. G.] i dlatego Czyngisydzi nazywali tron «siedliskiem przyjemności». Mieszkańcy innych cywilizowanych krain byli dla Czyngis-chana tylko wiecznymi niewolnikami jego imperium, których jedynym zadaniem była dbałość o przyjemne życie ich panów, prowadzących życie nomadów”. (Leo de Hartog, Czyngis-Chan zdobywca świata, przeł. A. Romanek, Bellona, Warszawa 2007, s. 180, 185, 186.)

 

Przykład ten niewątpliwie jest odległy, lecz z pełną konsekwencją pokazuje, jak wyglądałaby „polityka czystej relacji” widziana od strony władcy. Skoro każda relacja ma na celu wyłącznie własną satysfakcję, to nie ma podstaw, by uczynić z tego wyjątek dla władzy – w ten sposób tron staje się (wyłącznie) siedliskiem przyjemności.

Oczywiście można dowodzić, iż urzędnicy publiczni mogą sprawować władzę z pożytkiem dla ogółu, niezależnie od swoich prywatnych motywacji, to znaczy nawet w sytuacji, gdy ich jedynym celem jest własna satysfakcja, a nie dobro publiczne. Jest to możliwe jednak tylko i wyłącznie gdy – znowu cytując Sienkiewicza – są do tego zmuszeni, tzn. w sytuacji sprawnie funkcjonujących mechanizmów kontrolnych, te zaś wymagają z kolei wysokiej aktywności i kultury obywatelskiej, a więc czegoś, co jest skutecznie wygaszane przez czystą relację.