Juliusz Gałkowski, Żona poety

Muzeum Literatury opublikowało z okazji 8 marca galerię zdjęć poetów. Miły gest, przy okazji można było zobaczyć nie tylko żony poetów, ale także przekonać się że część z nich była wspaniałymi twórczyniami. Uczciwie mówiąc, nigdy nie myślałem o Julii Hartwig jako żonie Międzyrzeckiego, a teraz Pan Artur zawsze już pozostanie w mojej głowie mężem wspaniałej poetki – Julii. Ale postanowiłem do tej galerii dołożyć jeszcze jedną postać: Hannę z Wahalów Braunową, żonę Jerzego Brauna. Ślub wzięli w 1924 roku i od tej pory byli nierozłączni.

Kim jest żona poety, myśliciela, człowieka nietuzinkowego? Może być jak Ksantypa, która wedle legendy miała zatruwać życie Sokratesa, nie rozumiejąc na czym polega jego wielkość. Ale może też być nie tylko towarzyszką życia i współpracowniczką. Może być też kimś więcej, pierwszym i najrzetelniejszym krytykiem prac. Ale to oznacza, ze musi być sama osobą inteligentną, obdarzoną wiedzą i wielką erudycją. Tylko wtedy można zrozumieć co tworzy mąż.

Hanna towarzyszyła mężowi w okresie tworzenia, który bynajmniej nie był sielanką jeżeli chodzi o warunki materialne. W liście skierowanym do kardynała Wojtyły, stryjenka Hanna pisze:
Całe życie Jerzego upływało zawsze w wielkich kłopotach finansowych (wydawanie „Zetu” i „Biblioteki Zet” w okresie gdy zupa kartoflana z zapasu piwnicznego była całymi tygodniami jedynym naszym pokarmem, a zastawianie podarunków ślubnych była często jedyną możliwością zapłacenia bieżących rachunków w drukarni).

Niejeden (niejedna) powie: cóż to za mąż, który dla jakichś fantasmagorii nie jest w stanie zapewnić żonie godnych warunków życia, dużego mieszkania i tak dalej. Nawiedzonego gościa należałby porzucić i poszukać kogoś bardziej odpowiedniego. Hanna Braun odpowiedziałaby jasno: to mąż najlepszy. Ona najlepiej znała jego myśli bo przepisywała na maszynie jego teksty. Nie tylko rozumiała, ale wręcz podzielała jego idee i była nie tylko pierwszym czytelnikiem ale w pewien sposób współautorem myśli i tekstów.

Oboje byli także razem w czasie okupacji i – paradoksalnie – podczas osadzenia w komunistycznym więzieniu. Hanna Braun była tak naprawdę sądzona i więziona za męża, ale nie skarżyła się na ten los, uważała że jest to powód do dumy. W 1956 roku odmawia wyjścia z więzienia gdy słyszy, że Jerzy jeszcze go nie opuszcza. Zgadza się wyjść na wieść, że i on jest uwolniony. A przecież nie miała złudzeń co do tego, że mogą ją wyrzucić siłą, albo – zgodnie z komunistycznymi zasadami – po prostu zabić, zakatować za nieposłuszeństwo. Miała za sobą śledztwo, proces i więzienie – prawdziwie stalinowskie.

Wreszcie, po śmierci ukochanego męża, staje w obroni jego czci. Insynuacje, ze Jerzy był masonem sprawiały jej szczególny ból. Wszak brała udział w zakładaniu i działalności agencji anty-masońskiej. A nikczemne zarzuty, mające na celu wyzucie z godności już zmarłego męża, czyniły ją wyjątkowo bezbronną. Pisała do redakcji, do znajomych, do dostojników Kościoła. Walczyła o dobre imię Jerzego. Do końca życia kochająca, do końca wierna.