Stanisław Gałkowski, W sprawie tekstu Sebastiana Dudy „Chrześcijaństwo asystemowe”

Tekst Sebastiana Dudy poświęcony jest uzasadnianiu (skądinąd niezbyt odkrywczej) tezy, że chrześcijaństwo, ani Kościół powszechny nie mogą utożsamiać się z jakąś wybraną partią polityczną, ani nawet z jakimś konkretnym programem. I to pod groźbą sprzeniewierzenia się swojemu posłannictwu. Zapewne ma w tym rację, kłopot w tym, że obecnie nikt właściwie nie twierdzi, że jest inaczej. W związku z powyższym polemiczne gromy Autora padają w próżnię.

Duda powołuje się na św. Augustyna, który głosił, że: „nie ma w doczesności idealnego ustroju społecznego”. Niewątpliwie tak jest, problemem jest tylko, jakie wnioski praktyczne mamy z tego wyciągnąć. Mamy do wyboru dwa stanowiska. Pierwsze, sprowadzające się do przekonania, że nasze próby zbudowania życia na ziemi odpowiadającego w sposób doskonały wzorcom ewangelicznym – zarówno w wymiarze indywidualnym jak i wspólnotowym – z góry skazane są na niepowodzenie, tzn. ich ostateczne spełnienie znajduje się poza horyzontem doczesności. Lecz mimo to naszym obowiązkiem jest starać się, by wola boża była przestrzegana jako w niebie, tak i na ziemi (oszczędzę sobie przypisu), choć z pokorą przyznajemy, że nasze siły są zbyt słabe, aby to w pełni osiągnąć. Podobnie w wymiarze indywidualnym świętość ma być naszym programem życiowym, mimo że wiemy, iż tylko Bóg jest święty. Każdy chrześcijanin powinien więc móc powiedzieć o sobie „chcę być święty” czy też „ze wszystkich sił dążę do świętości”, lecz zdanie „jestem święty” byłoby nie tylko herezją, ale i głupotą, a sam fakt, że ktoś je wygłosił stanowiłby, ostateczny dowód, że jest ono fałszywe.

Przenosząc to na płaszczyznę społeczną dobrze by było, gdyby jakiś polityk mógł stwierdzić „mój program jest zgodny z zasadami ewangelii”, lecz musi być świadom, że ta zgodność ma charakter wybiórczy i cząstkowy, bo nie jest możliwe w polityce zrealizowanie w pełni zasad Królestwa, które nie jest z tego świata. Co nie oznacza, że nie powinniśmy się starać, by jak najwięcej cząstkowych zasad było wprowadzonych w życie. Jednak gdyby ta sama osoba polityk twierdziła, że mój projekt polityczny jest pełnym i ostatecznym urzeczywistnieniem nauki Kościoła, albo ogłaszała, że: „to, czego już dokonaliśmy jest końcem historii, jest realizacją Królestwa Bożego na ziemi”, byłaby to rzeczywiście herezja i należałyby się jej (ale dopiero wtedy) wszystkie zarzuty, insynuacje i zwykłe obelgi, których Sebastian Duda nie szczędzi swoim wyimaginowanym przeciwnikom.

Autor ten jednak zdaje się nie rozróżniać między „dążyć do” a „uważać, że się już osiągnęło” co pozwala mu na konstatację, że prawicowo – konserwatywne projekty „przybliżania królestwa” niewiele mogą mieć wspólnego z „ortodoksyjną katolicką teologią”.

Autor idzie jednak dalej niż odrzucenie jednej z koncepcji teologicznych, postuluje on całkowitą separację religii od sfery politycznej: „lepiej wszelką polityczność uznać za domenę całkowicie doczesną”. Trzeba podkreślić wyraźnie, że doczesny charakter ma mieć nie tylko bieżące życie polityczne (na co zgoda), lecz również cała polityczność jako sfera życia ludzkiego.

W tym momencie spór przechodzi na utarte już koleiny dyskusji na temat neutralności światopoglądowej państwa. Wątek ten jest na tyle znany, że nie ma potrzeby rozwijać go w tak krótkim tekście. Warto jednak przypomnieć, że zepchnięcie religii tylko do sfery prywatnej, w sposób zasadniczy zmienia rozumienie samej religii, która odseparowana od życia społeczno-politycznego, przestaje być wyznacznikiem całego życia człowieka.

Autor pisze wprawdzie, że „Można wierzyć, że polityka jako dziedzina realizacji dobra wspólnego ma swój wymiar moralny” (pozwolę sobie tutaj na małą dygresję: skoro można wierzyć, to można i nie wierzyć, pytanie tylko czy można wierzyć, że pewne bardzo istotnie dziedziny naszego życia są wyjęte spod osądu moralnego i być jednocześnie w zgodzie z nauką Kościoła i zdrowym rozsądkiem). Jednak nie widzi sprzeczności tego twierdzenia z przekonaniem o separacji religii i polityczności.

Na koniec ostatnia uwaga związana już bezpośrednio z mesjanizmem. Niezwykle ostre potępienie mesjanizmu jest prostą konsekwencją tego ,że obie strony sporu zupełnie inaczej rozumiejąc samo pojęcie narodu. Sebastian Duda wyraźnie nawiązuje do skrajnie liberalnej koncepcji społeczeństwa (nie odróżniając go od narodu), które jest związkiem dziwaków zawiązanym po to, by sobie wzajemnie nie wchodzić w drogę (by sparafrazować myśl Rortego), w tej sytuacji każde przekonanie, że naród może mieć jakiś wspólny cel, czy zadanie do wypełnienia jawi się jako (w najlepszym wypadku ) niedorzeczność. Tymczasem jedną z podstaw mesjanizmu jest przekonanie, że tak jak jednostka wykuwa swoimi decyzjami swoją własną ścieżkę życia, tak też każdy naród tworzy własny styl życia, co z kolei ma również reperkusje polityczne. Naród nie jest wspólnotą krwi i pochodzenia, lecz kultury. Każda kultura na plan pierwszy wysuwa pewne wartości, wokoło których ogniskuje się jej życie. Swoje główne cechy może uznać za tak wartościowe, że należy chronić je przed obcymi, może jednak zająć również stanowisko odwrotne – uznać swój styl życia za tak wartościowy, że należy go rozpowszechnić proponując innym narodom (inna rzecz, że to rozpowszechnienie zbyt często odbywało się drogą podboju a nie życzliwego dialogu).

Rzeczą charakterystyczną jest, że o ile np. Francuzi, Amerykanie czy Anglicy nie znajdują nic ekstraordynaryjnego w przekonaniu, że kultura francuska, amerykańskie wartości czy angielski styl życia mają coś do zaproponowaniu światu, to przeciwieństwie do nich przedstawiciele kultur bardziej zakompleksionych, by przekonać współobywateli, że ich własna kultura jest coś warta, muszą ubierać to w szaty religijne. Lub – co gorsze – odmawiają przyjęcia do wiadomości, że ich własny naród ma coś wartościowego do zakomunikowania (Sławomir Duda jako przykład aberracji mesjanistycznej wskazuje przekonanie , że „chcemy przekazać innym ludom to, co udało nam się odkryć w naszej historii , a co stanowi dobro przeznaczone dla wszystkich – polska wolność”).

Autor omawianego tekstu na zakończenie apeluje o rozumny dialog, gdybyśmy jednak wszyscy uznali, że nie mamy nic do powiedzenia, że nasza kultura nie reprezentuje nic dobrego, to o czym i po co mielibyśmy rozmawiać?

Trzeba też podkreślić, że wszelki program (czy działalność) polityczna odwołująca się do ewangelii i nauki Kościoła (niezależnie czy pojawia się tam słowo mesjanizm czy też nie) w dalszym ciągu jest programem politycznym. Polityka zaś musi być rozliczana ze swojej skuteczności, z tego czy uda mu się zmienić świat, a nie tylko z wierności przekonaniom i z czystości zasad. Ponieważ jednak wiele osób zaliczanych do tego nurtu zapomina o tej banalnej prawdzie, mesjanizm jeszcze długo nie będzie prawdziwym problemem politycznym.

_____________________________________________
dr hab. Stanisław Gałkowski profesor nadzwyczajny Krakowskiej Akademii im. A. Frycza Modrzewskiego, dyrektor Instytutu Politologii i Polityki Regionalnej Państwowej Wyższej Szkoły Wschodnioeuropejskiej w Przemyślu. Absolwent wydziału Filozoficznego KUL, główne kierunki zainteresować filozofia wychowania, filozofia społeczno-polityczna, etyka. Ostatnia książka Barbarzyńcy i obywatele. Myślenie polityczne wobec wartości Lublin 2012