Jerzy Braun, Wiersz o Piłsudskim

Nie umiemy w młot przekuć żołnierskich uniesień
I szaruga dni zwykłych serca nam przeżera.
O gdybyś wziął nas w dłonie i takimi wskrzesił,
jacyśmy szli w mundurach za Polskę umierać.

Gościńce wtedy drgnęły, jak struny olbrzymie
pod gradem naszych kroków, jak pod Bożym biczem.
I gnało nas jak burza Twoje gromkie imie –
Komendancie, lwie siwy z pochmurnym obliczem.

W łunach tańczyły konie i ciemne sztandary
pokłoniły się salwom strzeleckiej piechoty,
od Krakowa do Wilna zahuczał pożarem
ten sam listopadowy i styczniowy motyw.

Samosierrą natchnąłeś ułanów Beliny
i piechurów zmieniłeś w grochowskich czwartaków,
a głos Twój im alarmem, jak dobosz z Olszyny
łby młodzieńcze w pochodnie rozwiewał pod czakiem.

Choć gwery mieli stare, jak muszkiety szwedzkie
i wszy ich żarły w marszu i głód palił w grdyce,
na komendę Twą każdy straceniec strzelecki
piorun zamiast naboi znalazł w ładownicy.

I Tobą był ten wicher, co płaszcze im targał,
Tobą były te grzmoty armatnie na niebie,
Ciebie nieśli wraz z Polską i wraz z krwią na wargach
i jak w wolność wierzyli, tak wierzyli w Ciebie.

Kazałeś im iść boso, to sto mil szli prosto,
Kazałeś im umierać, to śmiejąc się marli,
byle tylko na czele widzieli Twą postać
i byle się wraz z Tobą przez piekło przedarli.

I wróciliśmy w kwiatach, w proporcach i w pieśni,
czarni, jak dzikie orły osmolone w dymie.
Tyś myślał, żeśmy Tobie czynami rówieśni
i że nam wszystkim także „Piłsudski” na imię

I zawiodłeś się na nas Komendancie miły –
myśmy nie byli godni Twoich wielkich marzeń.
Umieliśmy umierać, lecz było nad siły
zachować wielkość ducha dla codziennych zdarzeń.

I miałeś w nas złych chłopców, niekarnych i głupich,
swarzących się jak dzieci o białe i czarne.
I ten krwawy szmat Polski, coś Ty nam okupił,
myśmy psuli bezmyślnie i pruli na marne.

A przecież jest nas tylu i takich skrzydlatych,
taki w nas wulkan drzemie tyle sił krzyczy
– czekamy by nas gest Twój, co brał na armaty,
na warsztaty powołał i drogi wytyczył.

Żebyś nas tylko schłostał jakiemś strasznym słowem,
byśmy zbyli lenistwa, ślepoty, zawiści
i spięli milion grzbietów i podnieśli głowy
w pierwszej brygadzie pracy pierwsi legioniści.

Żeby szumiała ziemia od zgiełku murarzy
i żeby się budowa dźwigała w sto pięter,
aż do tej namarszczonej, do kamiennej twarzy,
którą tytan wyrzeźbił i anioł opętał.

Wtedy zmieni się Polska w pracownię olbrzymią,
tysiąc wielkich porywów kującą w czyn jeden
– i znowu jedno nad nią załopoce imię
i jeden się jak sztandar rozwinie Belweder.

Wiersz wydany w zbiorze:
Pieśń o Józefie Piłsudskim, wyd. 4 / uzup. i wstępem poprzedził Zygmunt Branicki
1929, Zamość ; Kraków : Zygmunt Pomarański i Spółka : Drukarnia Narodowa