Juliusz Gałkowski, Lego von Stauffenberg patrzy na Europę

Nie sposób zrozumieć czemuż tak przyzwoici Polacy, jak redaktorzy Teologii Politycznej piszą we wstępie o Arminiuszu. Każdy Polak wie, że należy pisać o tym zwycięscy z Teutoborskiego Lasu używając właściwego imienia: Herman. A to zasadniczo zmieni optykę podejścia do zagadnienia roli Niemiec we współczesnej Europie. Wszak wiadomo, że każdy Brunner to świnia.

Bo przecież jako obraz naszego sąsiada nie musiałby wcale służyć rzeźnik rzymskich legionów. Jakże inaczej wyglądałyby rozważania w tomie, którego wstęp zatytułowano by: „Kant patrzy na Europę”. Myśliciel z Królewca, patron nowoczesności, ojciec kopernikańskiego przewrotu w filozofii, ideowe źródło romantyzmu zupełnie inaczej ukazywałby nam relację między północnymi puszczami a Rzymem oraz pomiędzy niemiecką kulturą, a anglosaską cywilizacją.
Przyjęcie meta-poziomu, jaki cechuje redakcję Teologii Politycznej, ratuje rocznik nie tylko przed takimi złośliwostkami jak powyższa, lecz także przed banalizacją problemu. Problemu ważnego i obecnie niemalże podstawowego. W którym punkcie mapy dziejowej należy szukać genezy obecnej pozycji Niemiec i jak ją ocenić? Bo możliwość oceny czy mamy do czynienia z zagrożeniem czy korzyścią, jest możliwa tylko poprzez odniesienie do dziejów oraz poprzez wejście na pewien poziom namysłu nad polityką, który przekracza nauki społeczne. Chociaż wzniesienie się, nawet tak wysoko, nie gwarantuje uzyskania prawidłowej odpowiedzi.

Pisząc o tym numerze – raczej wyjątkowo – polecałbym zaczęcie lektury nie od wstępu (tego od Hermana Cheruska) lecz od rozmowy redakcyjnej, stałego i mocnego punktu każdego tomu Teologii… Tutaj znajdujemy pytanie, które jest ogniskową całej części poświęconej Fajnym Niemcom. Dyskusja tłumaczy bowiem pytanie jakie zadali sobie twórcy tomu. Chodzi bowiem nie tyle (nie tylko?) o Niemcy, co o Europę, jej przyszłość, oraz o pytanie, czy Teutoni po raz kolejny ją podpalą, czy też wybudują.
Niezależnie czy zgadzamy się z tezami wygłoszonymi przez rozmówców, czy też uznamy je za bezzasadne i motywowane jedynie bieżącą grą polityczną, to z całą pewnością musimy się zgodzić, że dla współczesnego świata ważnym jest czy Niemcy są fajne czy groźne.
I odchodząc od bieżących sporów o obecne Niemcy warto zastanowić się, jaką twarz ma fenomen zwany Niemcami. Odwołanie do wodza Cherusków nabiera szczególnego sensu gdy przypomnimy że u stóp jego pomnika urodził się i wychował Jurgen Stroop, kat getta warszawskiego i do końca życia (na szubienicy) wyznawca idei wielkoniemieckich i nazistowskich.

Nie ukrywajmy, niezbyt przyjazny obraz jawi się w tomie z Lego von Stauffenbergiem na okładce. Ale analizy ukazujące jaki naprawdę był stosunek wewnątrz-niemieckiej opozycji do reszty Europy, a do Polaków i Żydów w szczególności, nie dają żadnych powodów do spokoju. Jeżeli to „sumienie Niemców” jakim było środowisko z Krzyżowej nie brało pod uwagę faktu, że skutkiem – doskonale rozpoznanych – zbrodni pozycja Niemiec nie będzie już taka jak przed wojną, a opisy innych narodów zawarte na przykład w listach von Stauffenberga tchną prawdziwą pogardą, to może naprawdę niepokoić brak intelektualnych odwołań do tych drugich Niemiec, które są może nie fajne, ale za to sympatyczne.

Z drugiej strony, jest też w Teologii Politycznej ton uspakajający, pozwalający na znalezienie odpowiedzi na niepokój budzony przez fajne Niemcy. Nawet jeżeli przyjmujemy, że narody się nie zmieniają to zmienia się ich otoczenie i może (wręcz musi) wpływać na nie i zmieniając jednostki ostatecznie zmienić i zbiorowość. Nie mam wyjścia i muszę wskazać dwa konkretne artykuły: Marka Cichockiego – Zmaganie z formą oraz Tomasza Stefanka Polska gibelińska, gwelficka czy jagiellońska?. To jest ten poziom namysłu nad rzeczywistością, który poprzez działanie nie wprost, nadaje wnioskom szczególny sens i jest z całą pewnością inspirujący. Autorzy piszą – pozornie – na tematy zupełnie odległe, ale pozwalają na snucie daleko idących analogii.

Czy zmieniająca się Europa nie tylko ulega wpływom potężnego hegemona znad Renu, Menu i Odry ale także siłą swej kultury, swego rozwoju i swych kryzysów nie wpływa także na Niemcy? Kultura niemiecka jest z całą pewnością nieodłączną częścią kultury europejskiej. Ba, należy powiedzieć wprost, jest ona jednym najbardziej ożywczych źródeł tej kultury. Ale też – całe szczęście, że wspominane wprost przez Cichockiego – napięcie pomiędzy północą a południem ma związek nie tylko z długami Grecji, Hiszpanii czy Portugalii. To jest napięcie między pomiędzy germańską puszczą, a italskim miastem. Miasto zaś należy pisać z dużej litery, boć przecież chodzi o Rzym – Miasto jedynie prawdziwe. Romantycy niemieccy bali się jechać do słonecznej Italii, wiedzieli co zrobiła ona z Goethem.

Również w sensie polityczny, militarnym czy ekonomicznym, Niemcy – choć najpotężniejsze – nie są w stanie przeważyć reszty kontynentu. Zatem należy brać pod uwagę, że wpływ Europy na Teutonów będzie przemożny i staną się oni naprawdę fajni, przez to że zeuropeizowani. Kwestia tylko jak tę europejskość pojmować. I jak pojmują ją ci europejscy Niemcy? Czy nie będą się bali, że zamiast zdominować ostatecznie kontynent (czego jak do tej pory nigdy im się nie udało) to rozpuszczą się w tym tyglu tak jak przydarzyło im się to około 1500 lat temu, gdy wydawało się, ze cały świat zachodni legł u ich stóp? A zresztą… , samo słowo: „fajność” jest bardzo dwuznaczne.

Ale do tej beczki miodu muszę wlać także całkiem sporą chochlę dziegciu. Bardzo zaniepokoił mnie tekst Heleny Jędrzejczak. Gdybym nie znał (i cenił) autorki to zapewne pominąłbym tekst milczeniem Wiem, że tak nie jest – zatem warto nieco się z artykułem Niemcy Chrystusem narodów? pozmagać.
Wydaje się, że odmienne od mojego i prezentowanego literaturze przedmiotu rozumienie procesu zwanego mianem: renovatio Imperii romani wynika z pewnych przedzałożeń, odziedziczonych być może po Bonhoefferze, a na pewno po Le Goeffie . Otóż – odmiennie od tego co pisze autorka –należy wskazać, że w dziewiątym wieku nie nastąpiła ani translacja ani uzurpacja Rzymu. Nie powstał Rzym, mówiąc współczesnym językiem, w wersji 2.1, co sugerowałaby sugestia translacji. Ani tym bardziej Rzym italski nie uzurpował sobie prawa do bycia centrum wbrew prawom Drugiego Rzymu – Konstantynopola. Miasto Rzym – nawet tak upadłe jak w czasach Karola, czy pornokracji wieku dziesiątego – zawsze miał prawo do miana najważniejszego miasta. Prawa – o istotne – nie kwestionowanego zasadniczo przez żadną z sił w Europie. Przyczyny były dwie: wspomnienie o stołeczności oraz fakt prymatu (co prawda rozmaicie rozumianego) biskupa Rzymskiego.

Zatem diagnoza, że jedynym logicznym rozwiązaniem problemów po upadku cesarstwa zachodniego byłoby widzenie centrum świata w Konstantynopolu, jest po prostu błędna. Bizancjum chociaż niechętnie – co oczywiste – uznawało cesarskość i wagę Rzymu, i nie robiło tego tylko na pozór. Sobór Nicejski II, ostatni niepodzielonego chrześcijaństwa, z całą powagą brał pod uwagę biskupa Rzymu. Dalszy ciąg sporu o kult obrazów wciągnął także cesarza Karola i dał mu okazję do wtrącenia się nie tylko w polityczne, lecz także i teologiczne spory świata Bizancjum. Germańskość Rzymu nie była problemem, wszak Konstantynopol, drugi Rzym był grecki. Rzymskość mogła być ponad narodowa, powszechna.

Skoro więc dla ówczesnych (nie tylko dla Germanów, jak twierdzi Helena Jędrzejczak) jedyność Konstantynopola nie była ani oczywista ani jedynie logiczna, to dlaczego miałaby być jedyna i oczywista dla współczesnych autorce?
Historia Świętego Cesarstwa Rzymskiego od Karola po Franciszka jest historią nie tyle uzurpacji germańskiej co rozmywania się niemieckiej tożsamości oraz hegemonii. Symboliczne jest to, że kres tej instytucji położył korsykański uzurpator, który rozpoczął okres hegemonii państw narodowych. Napoleon , choć marzył o panowaniu nad światem, nie był monarchą powszechnym, lecz cesarzem Francuzów.

I chociaż idea narodu niemieckiego wzorowana na koncepcji Izraela z Pisma Świętego może być szokująca dla czytelnika w początkach XXI wieku, to dla zarówno uczonych jak i illiterati z czasów Ottonów była analogią oczywistą. Oczywistą, ponieważ przewodzenie było sposobem naprawy świata, choćby to przewodnictwo wymagało – jak od armii Jozuego – totalnej eliminacji wrogów Narodu Wybranego. Niemieckie naśladownictwo Chrystusa, nigdy nie miało być naśladownictwem Pasji i uniżenia. Było wzorowane na Wybraństwie i Królowaniu. Możemy zatem mówić bardziej o kontynuacji Starego niż Nowego Testamentu. Zatem czy tytuł artykułu nie myli?

Ale i tak tekst ten należy przeczytać, podobnie jak wszystkie przeze mnie nie wymienione. I fakt, że znajdziemy w nim wiele elementów, z którymi się nie zgadzamy – tak jak znalazł niżej podpisany – należy zaliczyć do plusów siódmego tomu Teologii Politycznej.

tekst pierwotnie opublikowany na stronie jagielloński 24 pl