Maria Braun-Gałkowska, Wspomnienie o Juliuszu Braunie

Kiedy Pan Burmistrz Niska poprosił mnie o napisanie do kwartalnika Nasza Gmina – Nasze Miasto NISKO życiorysu Juliusza Brauna, który w dzieciństwie mieszkał w Nisku, sprawa wydała mi się prosta – przecież Juliusz Braun jest moim ojcem. Gdy jednak zaczęłam myśleć o tekście, okazało się, że napisanie go nie jest łatwe, bo nasuwają mi się na myśl nie tyle fakty dotyczące tego gdzie i kiedy był, ile raczej obrazy mówiące o tym jaki był.

Więc widzę go na dywanie, jak bawi się z nami w bociana i żaby, widzę jak odmawia z moją mamą różaniec i jak przynosi kwiaty żonie i córkom, widzę go w turystycznym stroju na kajaku, albo podczas wyprawy na Turbacza Słyszę jak śpiewa przy ognisku, jak wygłasza wykład, jak przemawia w paru językach na międzynarodowej konferencji, jak przeprasza grzecznie psa, którego potrącił niechcący, jak składa mi telefonicznie życzenia imieninowe na parę godzin przed swoją śmiercią. Patrzę w ciemny, grudniowy wieczór roku 1948 jak ubecy wyprowadzają go z domu na przesłuchanie, z którego powrócił po pięciu łatach. I w miarę jak to piszę, przypomina mi się tych obrazów coraz więcej i więcej, a kiedy próbuję je jakoś uporządkować, nasuwają mi się słowa: wierność, służba, życzliwość. Słowa te, mówiące o tym jaki był mój ojciec, są zarazem nazwami wartości towarzyszących mu od dzieciństwa. Te wartości są dziś niemodne, może zapomniane, a może odkrywane na nowo przez pokolenie Jana Pawła drugiego.

Juliusz Braun urodził się 2 lipca 1904 roku w Dąbrowie Tar­nowskiej. Dzieciństwo i okres młodzieńczy spędził w Galicji (w Dą­browie Tarnowskiej, Nisku i Tarnowie). W tym okresie, pod wpły­wem rodziny i harcerstwa, ukształtowały się jego ideały. Rodzice (Henryka i Karol Braunowie) byli ludźmi pracowitymi i gorącego serca. Ojciec był prawnikiem, pracował jako notariusz (między inny­ mi w Nisku) i zarazem działaczem społecznym – komendantem Ochotniczej Straży Pożarnej i prezesem Sokoła (organizacji przygo­towującej się do walki o niepodległość). O matce powiedziałoby się dziś: niepracująca, tyle, że wychowywała czworo dzieci, prowadziła gościnny dom, działała społecznie w Towarzystwie Szkół Ludowych i Lidze Kobiet, była komendantką hufca harcerek tarnowskich, zaj­mowała się teatrem amatorskim i muzyką.

W takim domu rosła czwórka harcerzy, starsi bracia: Kazimierz i Jerzy, Juliusz i młodsza siostra – Jadwiga. Składali kolejno harcerskie przyrzeczenie, które wówczas brzmiało: Mam szczerą wolę całym życiem pełnić służbę Bogu i Ojczyźnie, nieść chętną pomoc bliźniemu, być posłusznym prawu harcerskiemu. Temu przyrzeczeniu pozostawali wierni przez całe życie, niezależnie od tego czy było długie, czy krótkie (jak u Kazimierza, legionisty, który zginął śmiercią lotnika w 1920 roku).

Juliusz Braun umarł 31 maja roku 1990, żył więc 86 lat – zawsze wiemy raz złożonemu przyrzeczeniu.

Wierność

Juliusz Braun był człowiekiem głęboko religijnym, choć bez ostentacji, bez natrętnych pouczeń. Nie pamiętam, by mówił nam – swoim dzieciom – o tym, że trzeba się modlić, ale modlił się wspólnie z rodziną każdego dnia i każdej niedzieli chodziliśmy na Mszę św. Swojej religijności nie wykorzystywał nigdy dla jakiejkolwiek korzyści, ale jawnie się do niej przyznawał, także w czasach, gdy nie było to bezpieczne. Przez całe życie był wiemy Bogu, a służył Mu przede wszystkim przez to, jak odnosił się do ludzi.

Był wiemy swoim stronom – małym ojczyznom – najpierw okolicom Tamowa, które przez całe życie chętnie odwiedzał i wspominał, potem innym miejscom, w których mieszkał: Częstochowie i Kielcom, dla których dużo zrobił. Był wiemy przyjaciołom, z którymi chętnie się spotykał, a w razie potrzeby pomagał, oraz dzieciom: czwórce własnych i trójce wychowanków.

Wzajemna wierność moich rodziców była dla nas zawsze oczywistością. Poznali się na weselu jakiejś kuzynki, podczas którego, jak mówi rodzinna opowieść, ojciec wygłosił toast, który brzmiał: By nie tracić ani chwili piję zdrowie panny Liii. Wkrótce potem z panną  Liii (Elżbieta Szymanowska) ożenił się i byli małżeństwem przez 58 lat, zawsze wierni i wspierający się wzajemnie w zdrowiu i w chorobie, w dobrej i złej doli, choć nie zawsze razem, bo mój oj­ciec spędził wiele lat w więzieniu, najpierw w hitlerowskim, potem za czasów stalinowskich i nawet (mimo podeszłego wieku) w roku 1981, podczas stanu wojennego.

Ojczyźnie był wiemy z narażeniem życia i zdrowia. Do woj­ska zgłosił się na ochotnika pierwszy raz jako 16 letni harcerz podczas wojny z bolszewikami, potem był w wojsku podczas kampanii wrze­śniowej, dostał się wtedy do niewoli niemieckiej, z której uciekł. W czasie okupacji był członkiem zarządu konspiracyjnej organizacji Unia. Wspólnie z żoną prowadzili w swoim domu nielegalne naucza­nie (od podstawowego aż do wyższego) i gościli w nim bardzo wiele osób ukrywających się przed Niemcami, a także przyjmowali party­zantów. Po wojnie, ponieważ nie chciał popierać reżimu komuni­stycznego, siedział w okrutnym więzieniu stalinowskim.

Służba

Wierność Ojczyźnie często musiała się w Polsce wyrażać przez walkę (A gdy trzeba na śmierć idą po kolei, jak kamienie przez Boga rzucone na szaniec, Słowacki) i może dlatego niedoceniana bywa inna forma patriotyzmu wyrażająca się w pracy organicznej, działaniu na rzecz ludzi, ziemi, kultury. Juliusz Braun, gdy było trzeba, ryzykował życie, ale gdy trzeba, po kolejnych klęskach (wojna, uwięzienie, stan wojenny) nigdy nie rezygnował, lecz spokojnie i z niesłabnącym zapałem wracał do pracy.

Studia prawnicze w Uniwersytecie Jagiellońskim ukończył w roku 1931 uzyskaniem doktoratu. Pracował jako prawnik w Prokuratorii Generalnej i w Izbie Przemysłowo-Handlowej. Prace te przerwała wojna.

Po wojnie przeniósł się do Częstochowy i tam został dyrekto­rem Izby Przemysłowo-Handlowej, zorganizował pierwszą w tym mieście wyższą uczelnię (Wyższa Szkoła Administracyjno-Handlowa) i wystawy rolniczo-przemysłowe. Sprowadził do Częstochowy zgro­madzenie Szarych Urszulanek i powierzył im prowadzenie domu piel­grzyma, zorganizował schronisko turystyczne na szlaku Orlich Gniazd i z wielkim zaangażowaniem podejmował liczne inne zadania, co zostało opisane w imieninowym wierszyku pracowników Izby:

 

W rytm leniwy spraw drobnych co ciekły pomału

uderzył nagle piorun twojego zapału

Zbudziłeś senne miasto. Głośno o nim wszędy,

rosną i dobro szerzą izbowe agendy.

Więc niech cię Bóg wspomaga,

z nas każdy pomóc gotowy,

choć twoje tempo pracy urywa nam głowy.

 

Ta działalność została  przerwana przez aresztowanie.

W więzieniu spędził pięć lat, utracił zdrowie (m. in. dostał gruźlicy), ale powiedział kiedyś, że nie zmarnował tam ani jednego dnia – uczył się języków obcych, kształcił współwięźniów, a gdy został przeniesiony do więzienia o lżejszym reżimie, w którym było to już możliwe, przetłumaczył pracę naukową, napisał przewodnik turystyczny po regionie Chęcińskim i powieść.

Po zwolnieniu najpierw nie mógł dostać pracy, potem zajął się problemami planowania przestrzennego, urbanistyki i ekologii. W roku 1963 habilitował się i podjął pracę w Polskiej Akademii Na­uk. Opublikował około 200 pozycji naukowych i popularnonaukowych, działał w Towarzystwie Wolnej Wszechnicy Polskiej i Polskim Towarzystwie Turystyczno-Krajoznawczym. W roku 1969 przeprowadził się do Kielc. Z jego inicjatywy powstała Świętokrzyska Stacja Naukowa Zakładu Ochrony Przyrody PAN i pierwsze w kraju Studium Ochrony Środowiska Człowieka, którymi kierował do przejścia na emeryturę.

Emerytura też nie była okresem zasłużonego odpoczynku. Także wtedy bardzo aktywnie działał w wielu organizacjach, np. w Międzynarodowej Unii Geograficznej i pełnił w nich odpowiedzialne funkcje. Do końca życia pracował na rzecz regionu kieleckiego, np. uratował od zagłady piękną górę Miedziankę, która miała być zlikwidowana na topniki do huty Katowice. Niedaleko tej góry, w pięknym zakątku Gór Świętokrzyskich, został pochowany na cmentarzu we wsi Bolmin. Leżą tam razem z żoną, która umarła 3 miesiące po nim, pochowani w ziemnym grobie. Na kamieniu jest napis: Czekają na zmartwychwstanie w ziemi, którą kochali i której służyli.

Życzliwość to bezinteresowne pragnienie dobra dla innych ludzi. Życzliwość jest podobna do przyjaźni, ale przyjaźń wymaga pewnej wzajemności, a życzliwym można być do dla kogoś, kto wcale o tym nie wie. Życzliwością można darzyć wszystkich ludzi, także obcych, a nawet wrogich, rośliny, zwierzęta, krajobraz.

Juliusz Braun był dla wszystkich życzliwy, a była to życzli­wość dyskretna i niewymuszona – jak w przyrzeczeniu harcerskim – chętna. Był życzliwy dla osób bliskich: dzieci, wnuków, rodziny, ale także dla dalszych: studentów, współpracowników, i całkiem dale­kich, jak strażnicy więzienni, ubecy – nawet o nich nigdy źle nie mó­wił. Był życzliwy dla ludzi i dla świata, który chętnie zwiedzał. Lubił dalekie podróże, ale i bliskie piesze wędrówki w miejsca dobrze zna­ne. Będąc życzliwym, chętnie pomagał: w pracy, w studiach, dzielił się pieniędzmi, pożyczał, by potem w dniu Nowego Roku ogłaszać umorzenie długów i rezygnować ze zwrotu. Dom moich rodziców zawsze był pełen przyjaciół i ludzi potrzebujących pomocy.

Miał pogodne usposobienie i nazywał siebie łowcą uśmiechów, bo zawsze cieszył się radością i dobrym nastrojem innych. Choć bardzo dużo pracował i dawał potrzebującym, sam pozostał ubogi, ubrany bardzo skromnie, bez orderów, nagród i zaszczytów. Od dziecka miał szczerą wolę pełnić służbę Bogu i Ojczyźnie i nieść chętną pomoc bliźniemu, i realizował to przez całe życie.

 

prof dr hab. Maria Braun-Gałkowska jest pracownikiem naukowym w Instytucie Psychologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Jej specjalność to psychologia mediów, psychologia rodziny, psychologia wychowawcza. Jest promotorem wielu prac magisterskich i doktorskich.